Była malutka – 4

Była malutka, a może tak się jej wydawało. Leniwie rozglądała się dookoła, choć wydawało się jej, że robi to bardzo nerwowo. Zapomniała, że jest profesorem i że ma już kilkadziesiąt lat.

Stała za mównicą. Za chwilę miała wygłosić referat do ludzi, zebranych w olbrzymiej auli. Było ich bardzo dużo. Nogi się pod nią ugięły. Dobrze, że mogła przytrzymać się mównicy.

Rozpoczęła wykład. Wydawało się jej, że mówiła dygoczącym, piskliwym głosikiem, że szczękała zębami i dygotała na całym ciele. „A miałam robić dobre wrażenie” – pomyślała.

Gdy skończyła mówić, zapadła głucha cisza. „No to wpadłam” – myślała nerwowo, ale nie mogła się odezwać – nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła na wskazówki zegara, który wisiał na wprost niej. Pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut… Nagle ludzie ocknęli się i zaczęli bić brawo. Głośno, rytmicznie. Klaskali i wiwatowali. Trwało to bardzo długo…

Zdziwiona przyjmowała gratulacje od zebranych. Zgodnie twierdzili, że ujęła słuchaczy swoim ciepłym, spokojnym głosem oraz spokojem, jaki emanował z całej jej postaci. Kilka osób powiedziało, że jej referat był jedynym, wysłuchanym przez wszystkich obecnych,. W czasie jej mowy nikt nie wyszedł z auli, ani nikt nie odebrał telefonu. Każdy patrzył i słuchał uważnie, jakby to co mówiła, było najważniejsze na świecie.

Autor: Jęczydusza