W dolinie – 7

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, w pięknym pomieszczeniu, większym niż można by przypuszczać, działy się przedziwne rzeczy.

Raz po raz dało się słyszeć delikatne odgłosy wiatru, szelest liści, dźwięk padających kropel deszczu, szmer strumienia, odgłos trzasku drew w ognisku, skrzypnięcia drzew w lesie, to znowu gwar szczebiotliwie śmiejących się dzieci, czułe westchnienia kochanków, kląskanie, świergotanie, szczebiot, kwakanie, gwizdanie ptaków, trzepot skrzydeł motyla oraz wiele innych cudownych dźwięków. Gra dźwięków niezwykła a zarazem piękna. Próżno by ktoś myślał, że jest to jakiś park, las, jezioro, czy może wielka majówka.

Dźwięki pojawiały się same… no może… nie jest to pełne i kompletne stwierdzenie, bo jednak te dźwięki były kreowane przy intonacji Magicznego Głosu, starożytnej praktyki magicznej. Autorką tych niezwykłych zdarzeń była niezwykła mistrzyni Magii Słowa. Mistrzyni ta to powszechnie szanowana w wiosce kobieta, zwana przez mieszkańców wioski po prostu EVA, a przez innych: Pani Głosu. Przyjaciele mówili do niej po prostu Ewa, Ewunia. Co dzień, gdy wszyscy usypiali, ona jedna nieustannie ćwiczyła, doskonaliła każdy magiczny szept, każde Słowo Aniołów, każde Prastare Słowo.

Posługiwała się swobodnie mową Aniołów, Elfów, Ludzi, Królewskich Zwierząt, Drzew Entów, Smoków, Wróżek i sam nie wiem jeszcze, jakimi starożytnymi językami władała. Niektórzy twierdzą nawet, że zna języki starych bogów z Przedczasu, oraz zapomniany język Tytanów z Bezkresu. Ludzie wiedzą, że choć nie mówi się o tym oficjalnie, to mogą polecić swe troski, z pomocą jej wiedzy, nawet samemu Arcyarchitektowi – Panu Wszelkiego – Wielkiemu Bogu Ludzi.

Codzienne ćwiczenia pozwalają panować jej nad wszystkim, co użyczył we władanie ludziom w swej Łasce Arcyarchitekt. Słowem potrafi gromadzić moc sił przyrody i przekazywać je potrzebującym, nieść ukojenie duszom cierpiących. Magiczny Głos potrafi powstrzymać burzę, klęski mniejsze i te nieco większe, pomaga przy codziennych sprawach i odświętnych zdarzeniach, rozświetla oblicza ludzi, budzi łzy radości. Głos leczy, wspiera, mobilizuje, podtrzymuje wszystko, co dane w doświadczenie było człowiekowi. Ale nie tylko ludzkie sprawy załatwia…, o nie. Niejedna baśniowa istota zawdzięcza jej swoje istnienie, gdy nadeszło niebezpieczeństwo ze strony Mroku.

Mrok…, dla wielu okropny, dla Pani Głosu zupełnie niegroźny, a nawet czasem bardzo zabawny. Nieraz, gdy szepnie Słowo, Mrok kuli się wystraszony, zmniejsza się i zamienia, transformuje zawsze w piękny czarny kryształ z prześlicznymi tęczowymi iskierkami.

Dlatego w okolicy wioski tak wiele pięknych czarnych kryształów. Mieszkańcy z dumą i wielką radością pokazują podróżnikom przybywającym do miasta te niezwykłe wzgórza czarnych kryształów. Odkąd mistrzyni Słowa zamieszkała z nimi, żyją pełnią życia, wolni, radośni i kochający, przekonani o swojej wartości. Sami też udzielają, jak mogą, pomocy w innych wioskach. Ale pomału coraz mniej mają do roboty z Mrokiem, bo Pani Głosu wszystko już zamieniła w cudowne i bardzo wartościowe czarne diamenty. Najpiękniejsze świadectwo Mocy Dzieci Wielkiego Boga i Łaski Arcyarchitekta, ofiarowanej Pani Słowa dla czynienia Pokoju i Miłości w jego Imieniu.

Nieraz z wielkim zachwytem słucham tych Słów…, siedząc na trawie pod rozświetlonym okienkiem na poddaszu…, patrząc w górę, w roziskrzone gwiazdami oczy Najwyższego.

Ewo to dla Ciebie z podziękowaniem – bo wiem, że masz tę… MOC.

Marek Jasiński

W dolinie – 6

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, spała Borówka. Nie zdążyła zgasić światła, gdyż zmorzył ją sen.

Książka, którą czytała przed zaśnięciem, wysunęła się jej z rąk i z głuchym stukotem opadła na podłogę. Był to sygnał, na który czekały elfy i inne uzdrawiające duszki, które przed chwilą wysyłały Borówce senne fale. Teraz unosiły się w powietrzu wokół niej i patrzyły na nią z wielką sympatią i uwagą. Szeptem naradzały się, co robić. Szybko ustaliły zakres obowiązków i wkrótce każde z nich zajęło się tym, co przypadło mu w udziale.

Niektóre z nich rozpylały czarodziejski pyłek, który osiadał na Borówce, jej łóżku, ścianach, podłodze i wszystkich przedmiotach, znajdujących się w pokoju. Inne rozpylały drobniutki pyłek, który unosił się w powietrzu. Trzecia grupa rozpylała kolejny, jeszcze drobniejszy pyłek, który przenikał do ciała Borówki i wnikał wewnątrz mebli, książek, podłóg, ścian – wszystkiego, co napotkał. Każdy z tych pyłków miał uzdrawiające własności i każdy robił co innego, działał w swoim zakresie.

Część uzdrowicieli wytworzyła pole siłowe wokół Borówki i jej łóżka. Dzięki temu chronili ją i kołysali do snu. Inna grupa elfów-uzdrowicieli pracowała nad każdym organem i każdą komóreczką ciała Borówki, uzdrawiając je i harmonizując ich działanie.

– „Borówko, zdrowiej, jesteś nam potrzebna. Świat, ludzie i zwierzęta też cię potrzebują” – szeptały małe elfiątka, które z racji młodego wieku jeszcze nie dostały innego przydziału.

Twarz Borówki rozjaśniała się. Jej ciało zaczęło się rozluźniać. Ból zniknął, a oddech stał się głębszy. Zasnęła regenerującym snem.

Elf zarządca zgasił lampkę nocną, której nie zdążyła wyłączyć Borówka i zapalił malutkie latarenki, które elfy przyniosły ze sobą – a może to nie były latarenki, tylko świetliki? Tego nie wiem…

Elfy dbały o Borówkę i często do niej przychodziły. Po ich nocnych uzdrowicielskich i opiekuńczych zabiegach Borówka budziła się zwykle rześka, wypoczęta i z radością rozpoczynała nowy dzień.

dla Magdy-Borówki napisała Brzozowa Bajdulka

W dolinie – 5

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, stała kobieta, Magda – zwana Borówką, Panią Smoków.

Wokół jej wzniesionych rąk falowało, pulsowało i błyszczało powietrze. Smoki, namalowane na ścianach, wydawałoby się, jakby poruszały skrzydłami. Powietrze iskrzyło coraz mocniej. Silne strumienie białego światła pojawiały się ze wszystkich stron. Powietrze lśniło coraz mocniej wokół Magdy. Ściany pokoiku zaczęły falować, jakby poruszały się.

Smoki na ścianach naprawdę poruszały się i przybywało ich, jak gdyby wychodziły z głębi ścian. Wreszcie oderwały się od materii ściany, wirując wokół Smoczej Mistrzyni coraz ciaśniej i ciaśniej, siadając jej na ramionach, owijając się wokół całego ciała. Światło stało się bardzo jasne, a oplatające Magdę smoki stapiały się ze sobą, tworząc świetlistą, żywą, smoczą zbroję. Zbroja ta łączyła się z jej ciałem.

Smoki pochłaniały wszystkie nieczyste substancje, zamieniając je w dym, który ulatywał, a miejsce tych zajmowało światło, iskrzące tęczowo, białe światło.

Smocza Pani rosła w siłę, jakby unosząc się w powietrzu. Opuściła wolno ręce, kładąc je na sercu. Stała znowu na środku całkiem zwyczajnego pokoiku na poddaszu, tylko jakby wyższa, jaśniejsza, radośniejsza.

dla Borówki napisał Marek Jasiński

W dolinie – 4

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, mieszkał chłopczyk, który nie wychodził na zewnątrz. Wierzył, że tylko w tym pokoiku jest bezpieczny. Mimo tego, że miasteczko słynęło ze spokoju, nikomu do tej pory nie udało się namówić chłopca do wyjścia na zewnątrz. Opiekowano się nim troskliwie, ale każdy już dawno stracił nadzieję, że chłopiec zaczerpnie kiedyś świeżego powietrza.

Któregoś razu na parapecie jego okienka usiadł piękny, kolorowy ptak. Strzepnął pióra i odleciał. Chłopiec podszedł do okna i zobaczył miliony świetlistych drobinek na miejscu, gdzie siedział ptak. Sytuacja się powtórzyła i chłopiec miał już cały słoiczek cennych drobinek, które zbierał po każdej wizycie ptaka.

Zaczęło w nim kiełkować marzenie, aby dowiedzieć się, skąd przybywa niezwykły nieznajomy. W końcu zdecydował się podążyć za nim. Biegł bardzo długo i dotarł do pięknej krainy, gdzie zobaczył mnóstwo kolorowych ptaków, roślin i wartkich strumyków. Był tak podekscytowany, że zupełnie zapomniał o swym strachu, a następnego dnia przyprowadził do tego miejsca swoich przyjaciół, których radość była wielka.

Autor: Wędrowny Grajek

W dolinie – 3

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, wesołe skrzaty szykują prezenty dla mieszkańców miasteczka. Naprawiają zepsute sprzęty i znoszone buty. Cerują dziurawe skarpetki i zszywają rozdarte ubrania. Czasami szykują nowe ubrania. Nowe i naprawione rzeczy podkładają śpiącym mieszkańcom. A ludzie, nieświadomi ich istnienia, mówią, że mieszkają we wspaniałym miejscu, w którym ubrania, buty i sprzęty same się naprawiają.

Autor: Merlinek*

W dolinie – 2

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, spała mała dziewczynka. Wcześniej mama zostawiała jej włączoną małą lampkę, bo dziewczynka miewała koszmary i kiedy budziła się w nocy, zapalona lampka dodawała jej otuchy. Teraz, od dłuższego czasu, mała śpi spokojnie. Lampka nadal jest zapalona, bo dziewczynka lubi zasypiać przy jej świetle. A jeśli przypadkiem obudzi się w nocy, to sięga po notatnik leżący przy jej łóżeczku i zapisuje w nim swoje wspomnienia i przemyślenia. Lubi pisać o szczęśliwych momentach, które coraz częściej przytrafiają się w jej życiu.

Autor: Kokoryczka

W dolinie – 1

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, pracował mądry człowiek. Miał w swojej pracowni olbrzymie biurko, na którym mieściło się dużo dokumentów i książek.

Biurko było oświetlone dwiema lampami. Każda miała pomarańczową żarówkę o ciepłej barwie. Mężczyzna dbał o to, aby pomieszczenie przed pracą było dobrze wyczyszczone i przewietrzone. Bardzo lubił swoje miejsce pracy i swój pokój. Czuło się, że w pomieszczeniu panuje dobra energia. A fakt, że siedzi przy biurku, powodował, że dobre pomysły same przychodziły do głowy temu mądremu człowiekowi.

Autor: Adam

Kiedyś dawno dawno temu – 52

Kiedyś, dawno, dawno temu, pewnej zimowej nocy urodził się mały chłopczyk. Mama przytuliła go z miłością, a Tata patrzył na niego kochającym wzrokiem i z nadzieją w sercu…

Przypomniał sobie swoje dzieciństwo, dorastanie, dorosłość… Wzloty i upadki. Dziecięcą ufność, młodzieńczy gniew, dorosłą współpracę…

Uświadomił sobie, że w ludzkie życie wpisane jest dorastanie i skrajne emocje. Pomyślał o swoich rodzicach i o kłopotach, jakie im sprawiał. O tym, że go kochają i zawsze kochali, niezależnie od tego od tego, jak się zachowywał.

Patrząc na swojego synka pomyślał: „Synu, damy radę”. Szybko przyszła kolejna myśl: „Wyrośniesz na wspaniałego faceta”, a po chwili następna: „Już nim jesteś”.

Autor: Jenczy

Przez kawiarniane okno – 43

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich szła opowieść. Chciała być opowiadana, a może nawet spisana, więc rozglądała się za jakimś gawędziarzem, poetą lub pisarzem. Zatrzymała się przy kawiarnianym oknie, bo zauważyła kobietę, która siedziała przy małym stoliku i pilnie notowała coś w swoim zeszycie. Opowieść weszła do kawiarni i stanęła obok stolika. Zerknęła przez ramię piszącej kobiety i zobaczyła, że zapisuje opowiadanie. Opowieść uznała, że znalazła odpowiednią osobę. Została z kobietą i gdy ta szuka natchnienia, opowieść zaczyna się snuć. A kobiecie wydaje się, że od jakiegoś czasu natchnienie ciągle jej towarzyszy i pisanie przychodzi jej z łatwością.

Autor: Ewa Damentka

Przez kawiarniane okno – 42

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich dwie dziewczyny, które rozmawiały o kawie. Była odpowiednia pora na popołudniowe spotkanie. Dziewczyny ustaliły, do której kawiarni wejść, by otrzymać najlepszą kawę w mieście. Miały w tym doświadczenie, ale ich gusta były różne. Ni stąd ni zowąd, o wyborze kawiarni zaważył porządek i czystość tej, koło której właśnie przechodziły.

Autor: Adam