Przez kawiarniane okno – 35

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich osoby dziwnie ubrane, z wieloma bagażami. To byli aktorzy udający się na Stare Miasto.

Był letni wakacyjny dzień i w Centrum odbywał się wieczorek dla dzieci, które zostały na wakacje w mieście. Wieczór obfitował w trzy krótkie, kolejno po sobie następujące, sztuki oraz poczęstunek lodowy. Później był wieczór muzyczny pod gołym niebem, przeznaczony dla dorosłych i starszej młodzieży. Atrakcją były występy nowo powstałych zespołów muzycznych.

Na koniec imprezy organizator zaprosił wszystkich imprezowiczów na wieczór kabaretowy mający odbyć się w niedzielę.

Autor: Adam

Przez kawiarniane okno – 34

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich myśliciel. To, co go wyróżniało, to nie był strój, ale sposób bycia i myślenia. Aprobował świat takim, jaki jest i dołączał do niego odpowiednią myśl na odpowiedni czas. Myśliciela charakteryzowała też odwaga. Był on także przedsiębiorcą, więc charakteryzował się ciekawością, skierowaną na innych, a konkretnie interesował się potrzebami innych ludzi.

Mówił, że działanie na dużą skalę jest takie samo jak na małą skalę, ale na dużą.

„Człowiek powinien być uczciwy, gdyż jest to zdrowy mechanizm” – zawsze powtarzał podczas spotkań przy kawie. Dodawał przy tym często:

„Cenne jest to, co możesz dać niezależnie od tego, ile masz.”

„Pomocny jest rytm i porządek w działaniu – przyroda też ma swój rytm i porządek.”

„Dyscyplinuj raczej siebie niż innych. Wiedza to dar – korzystaj z niej.”

„Bądź radosny, bo warto.”

Autor: Adam

Przez kawiarniane okno – 33

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich dumny, barczysty mężczyzna, przemierzający ulicę na białym koniu. Wyglądał dość osobliwie wśród samochodów i tłumu ludzi. Niemal wszyscy przyglądali się mu z zaciekawieniem. On tymczasem płynnie omijał stojące na jego drodze przeszkody i po chwili zniknął za rogiem.

Autor: Ewa Majewska

Przez kawiarniane okno – 32

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich, na przystanku rozegrała się szybka scenka – do mężczyzny, wyglądającego na bezdomnego i zmarzniętego, podeszła nagle kobieta i podając mu swoje czarne, wełniane rękawiczki powiedziała:

– Proszę założyć te rękawiczki, mogą być za małe, ale proszę je założyć.

I wsiadła do nadjeżdżającego tramwaju.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Włożył nieco przymałe damskie rękawiczki.

Autor: Ewa Majewska

Przez kawiarniane okno – 31

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich… po założeniu czarodziejskich okularów, dotrzeć można było iskierkę – czerwono-żółtą – maleńką, błyskającą i znikającą. Przeskakiwała od ramienia do ramienia. Potem do dłoni i do czubka butów. Z czubków butów błyskawicznie odbijała się w pionie – wprost do kapeluszy i ramion, po czym, jak bumerang wracała na dłonie przechodniów. I opadała na chodnik. Czasem dostawała się to teczek i torebek, znikając na moment w ich wnętrzach. Ci mali przechodnie mogli ją nawet wyczuć, bo nieraz już odnajdywały się w ich tornistrach dawno zagubione ulubione drobiazgi.

Autor: Ewa Majewska

Była sobie łąka – 54

Była sobie łąka. Soczysta, zielona łąka. Niedaleko rósł las i płynął strumyk. Na środku łąki stał mały biały domek z czerwonym dachem. W szeroko otwartym oknie powiewała biała firanka. Obok domku przebiegała droga, którą chodzili ludzie i konno przejeżdżali turyści. Droga była gruntowa, więc samochody przejeżdżały tędy bardzo rzadko.

Domek był ciekawie położony. Z jednej strony leśna głusza, z drugiej bliskość kilku większych miast, a jeszcze wcześniej wiejskie sklepy po drodze.

W związku z tym, wartość tej nieruchomości była bardzo duża.

Autor: Adam

Przez kawiarniane okno – 30

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich Braciszek i Siostrzyczka. Wypadli ze swojej bajki, bo któryś z nieuważnych czytelników zrzucił ze stołu książkę, w której mieszkali. Kiedy zauważyli, że wypadli ze swojej opowieści, starali się do niej wrócić, ale im się to nie udało. Sami nie potrafili tego zrobić, a czytelnicy i bibliotekarze nie mogli im pomóc, bo ich po prostu nie widzieli…

Braciszek i Siostrzyczka wyszli więc z czytelni dużej biblioteki na ulicę, a potem na plac, w nadziei, że inni ludzi ich zobaczą i pomogą im. Jednak wyglądało na to, że inni ludzie też ich nie widzieli. Na szczęście Braciszek zauważył, że przygląda się im starszy pan z siwą brodą, który kogoś mu przypominał. Pociągnął Siostrzyczkę za rękaw i pokazał jej siwego pana.

– To chyba Merlin, czarodziej – szepnęła Siostrzyczka.

Razem podeszli do starszego pana.

– Jesteś Merlinem? Pomożesz nam wrócić do naszej bajki?

– Tak, jestem. Niestety, wasz powrót jest teraz niemożliwy. Zabiorę was w inne miejsce. Będziecie mile widziani w Szkole Czarowania Babci Jagi.

– Gdzie jest ta szkoła? – spytała Siostrzyczka

– Boję się Baby Jagi – jednocześnie krzyknął Braciszek i przytulił się do Siostrzyczki, jakby szukał u niej ratunku.

– Szkoła mieści się pomiędzy światami i znajdują tam schronienie wróżki, czarodzieje i różne bajeczne postacie, które wypadły ze swoich bajek lub zostały z nich wypchnięte. I nie ma tam żadnej Baby Jagi – jest tylko dobra wróżka Babcia Jaga. Zaraz ją zobaczycie. O, już jest!

Merlin pokazał ręką na portal, który uformował się tuż przed nimi. Widać w nim było Babcię Jagę i za nią szkolny korytarz.

Babcia Jaga uśmiechnęła się do dzieci, a na widok tego uśmiechu ich strach stopniał. Bez wahania weszły do szkoły. Tuż za nimi wszedł Merlin, który wcześniej z niepokojem przyjrzał się dziwnie zachmurzonemu niebu. Przekraczając portal westchnął z ulgą – „Najwyższy czas”.

Przejście zamknęło się natychmiast, gdy Merlin przekroczył jego próg. Dzieci więc nie widziały, że Zło zaatakowało portal tuż po tym, jak one przez niego przeszły. Wiedzieli o tym tylko Merlin, Babcia Jaga i Głos. Babcia Jaga przesłała obu drżącą myśl – „Udało się, na szczęście”. Sama zachwiała się, a Merlin przytulił ją i podtrzymał, by nie osunęła się na podłogę. Oboje patrzyli, jak Braciszkiem i Siostrzyczką zaopiekowały się Jagódka i Jęczyduszka.

– Zdążyliśmy w samą porę – Głos przesłał im telepatycznie wiadomość i dodał – Jaga, idź do swojej sypialni, odpocznij, ja skanuję, kto jeszcze może potrzebować naszej pomocy. Zawiadomię ciebie i Merlina, jak będzie potrzebni.

– Muszę sprawdzić… – zaczęła protestować Babcia Jaga.

– Wszystkim się zajmiemy – uspokoił ją Merlin – teraz odpocznij, jesteś nam bardzo potrzebna.

– Merlin ma rację, jak będziesz się upierać, to położymy cię w szpitalu, a wiesz, że lekarz nie wypuści ciebie stamtąd tak szybko, jakbyś chciała…

– Dobrze – szepnęła Babcia Jaga – przekonaliście mnie. Merlinie nie musisz mnie odprowadzać, sama dojdę. Przypilnuj Merlinka, miał dziwną minę, gdy zobaczył naszych nowych podopiecznych.

– Tak, zauważyłem – westchnął Merlin i ruszył w kierunku uczniów zebranych wokół Braciszka i Siostrzyczki.

Tymczasem Głos obserwował przez kamery plac widoczny z kawiarnianego okna. Zło, nie mogąc przejść przez portal, bardzo się rozeźliło i wywołało straszliwą burzę z piorunami. Rozzłościło się jeszcze bardziej, gdy okazało się, że ludzie go nie widzieli. Zamiast się bać – rozłożyli parasolki, żeby uchronić się przed deszczem i przyśpieszyli kroku, by znaleźć schronienie w domach, sklepach, kawiarniach lub chociaż w tramwajach i autobusach.

„Zdążyliśmy” – pomyślał Głos – „coś dziwnego dzieje się w tym świecie, trzeba tam posłać Ratowników, Obserwatorów, Słuchaczy i może jeszcze inne służby pomocnicze”. Jak pomyślał, tak zrobił. Nad placem przejaśniało i pojawiły się zwiewne świetliste sylwetki. Ludzie ich również nie widzieli, ale jakoś zrobiło się im lżej. Zwolnili kroku, głębiej oddychali i częściej uśmiechali się do siebie nawzajem.

„Dobra robota” – pomyślał Głos i zabrał się za obserwację innych kamer.

Autor: Archiwista SC

Była sobie łąka – 53

Była sobie łąka. Soczysta, zielona łąka. Niedaleko rósł las i płynął strumyk. Na środku łąki stał mały biały domek z czerwonym dachem. W szeroko otwartym oknie powiewała biała firanka… Dmuchawy dobrze pracowały, więc firanka powiewała bardzo malowniczo – wręcz tańczyła w powietrzu. Wewnątrz domu rekwizytorzy rozstawiali ostatnie przedmioty. Operator sprawdzał ustawienie kamer, jego pomocnik podłączał kable. Reżyser przeglądał scenariusz, a aktorzy byli właśnie charakteryzowani. Producent z kolei przeglął swoje notatki. Za chwilę rozpoczną się zdjęcia do kolejnego filmu.

Ciekawe, jakie filmy można nakręcić z tą łąką, domkiem i białą powiewającą firanką?

Autor: Ewa Damentka

Przez kawiarniane okno – 29

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich szedł pomysł na milion – milion złotych, milion dolarów, milion euro… A właściwie był to pomysł na pierwszy milion… widziałam, jaki był okrąglutki. Szedł razem z ludźmi. Do niektórych się przytulał, jakby chciał, żeby zabrali go ze sobą. Ludzie go ignorowali…

Szybko dopiłam kawę i wyszłam z kawiarni. Podeszłam do nieco zagubionego pomysłu i zapytałam, czy chce ze mną porozmawiać. Zgodził się z radością. Wyznał, że czuł się samotny pomiędzy ludźmi…

… Nagle poczułam się tak, jakby było to kiedyś, jakiś czas temu. Zobaczyłam, że teraz pomysł jest mniej samotny, bo wędruje przez życie razem ze mną i moimi przyjaciółmi. Dołączają do nas nowe pomysły, a nawet… nowe miliony… w różnych walutach…

Była to bardzo sympatyczna wizja. Oprzytomniałam w samą porę, by usłyszeć, że pomysł zapytał mnie, czy mógłby wędrować ze mną dłużej, bo bardzo chciałby mieć przyjazną duszę koło siebie. Oczywiście, zgodziłam się. Ciekawa jestem, czy wizja się spełni w całości… Na razie wędrujemy razem i jest nam bardzo dobrze ze sobą i z naszymi przyjaciółmi.

Autor: Kokoryczka

Przez kawiarniane okno – 28

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich moje zdrowie, szczęście i powodzenie. Szły we trójkę, trzymając się za ręce i rozglądały się uważnie dookoła. Radość biegała wokół nich. Co chwila podbiegała do różnych ludzi, zaglądała im w oczy i po chwili wracała do szczęścia, zdrowia i powodzenia…

Od razu ich rozpoznałam. Od dawna mi ich brakowało, ale nie pamiętałam, gdzie ich zgubiłam. Wyszłam z kawiarni. Gdy znalazłam się na placu, one też mnie zauważyły. Cała czwórka podbiegła do mnie. I szczęście, i zdrowie, i powodzenie, i radość… Przytuliły się do mnie i znów jesteśmy razem. Tym razem ich nie zgubię. Obiecałam to zarówno im, jak i sobie samej.

Autor: Jagódka