Mała śnieżynka – 3

Mała śnieżynka wolniutko opadała w dół. Towarzyszyły jej inne śnieżynki. Wszystkie tańczyły i wirowały w powietrzu, unoszone przez lekki wiatr.

Chłopczyk obserwował ich taniec przez okno. Myślał, ile śniegu jeszcze spadnie. Tata chłopca codziennie przez kilka godzin odśnieżał ich skromny domek, a później nie miał siły nawet na rozmowę z synkiem. Maluch przeklinał w myślach tańczące śnieżynki.

Aż do czasu, kiedy bawiąc się przed domem, niedaleko śnieżnego nasypu, zbudowanego przez ojca, zobaczył samochód, pędzący prosto na niego. Kierowca stracił panowanie nad kierownicą. Samochód z ogromną szybkością wbił się w zaspę i słychać było tępy huk.

Chłopiec stanął jak wryty. Przed sobą zobaczył oczy auta, wyzierające ze śniegu.

„Kochane śnieżynki” – pomyślał.

Autor: Wędrowny Grajek

Mała śnieżynka – 2

Mała śnieżynka wolniutko opadała w dół. Towarzyszyły jej inne śnieżynki. Wszystkie tańczyły i wirowały w powietrzu, unoszone przez lekki wiatr…

Na dole widać było duży zbiornik wody. Śnieżynka nie wiedziała, czy to jest małe morze, czy duże jezioro. Jej uwagę przyciągały dwie wyspy. Obydwie były początkowo rozświetlone światłami domów i latarni. Między nimi majaczył most, który je łączył. Nagle, wydawałoby się zupełnie bez powodu, most zaczął się kruszyć i rozpadać. Na jego miejscu utworzyła się przepaść. Natomiast na obydwu wyspach zaczęły rosnąć potężne mury – i w miejscu, gdzie początkowo był most, i w innych miejscach. Wyspy obwarowały się. Mury były już tak wielkie że światła domów i latarni przestały być widoczne, a może w ogóle przestały świecić?

Śnieżynka aż zatrzymała się z wrażenia. Nieruchomiejąc patrzyła, jak mury rosną wysoko, prawie sięgając nieba. Już nie widać było obydwu wysp. Każda zniknęła na dnie studni, utworzonej przez okalające ją mury.

– Co cię martwi, Śnieżynko? – zaszemrał wiatr i okręcił ją w powietrzu.

– To, co się stało z wyspami.

– Czasami tak się dzieje.

– Czy możemy coś zrobić? – zapytała śnieżynka.

– Możesz dołączyć do nich – szepnął wiatr i wskazał na kilka świetlanych postaci, spływających z nieba w stronę wysp.

Śnieżynka rozpoznała Anioły, niosące miłość i światło.

– Możesz mnie do nich zanieść? – zapytała.

Wiatr przeniósł ją delikatnie i śnieżynka poczuła anielskie ciepło i światło. Rozpuściła się w nim i spłynęła w dół, do anielskiej pomocy dołączając również swoją miłość i życzliwość.

Światło zaczęło głaskać i ogrzewać mury, a te rozpuszczały się powoli… Wyspy znowu zaczęły być widoczne. Gdy anielskie światło i ciepło dotarły do wysp, każda z nich odpowiedziała własnym światłem. Jej latarnie i domy świeciły coraz mocniej, cieplej, jaśniej…

Inne śnieżynki, patrząc w dół, widziały, że wyspy zaczęły wyglądać jak dwa jasne klejnoty na tle ciemnej wody. W pewnej chwili przepaść zniknęła i ukształtował się nowy mocny, łukowaty, świetlisty most, który połączył obie wyspy. A na środku mostu, na poręczy, osiadła mała kropelka światła, ta która jeszcze niedawno była ich siostrą, małą śnieżynką.

Autor: Brzozowa Bajdulka

Mała śnieżynka – 1

Mała śnieżynka wolniutko opadała w dół. Towarzyszyły jej inne śnieżynki. Wszystkie tańczyły i wirowały w powietrzu, unoszone przez lekki wiatr. Grupa ptaków przyglądała się im, myśląc, jak dobrze mają te śnieżynki. Wirują w powietrzu i nie marzną. Ptaki dużo dałyby, żeby choć przez chwilę stać się jedną z nich. Kiedy śniegu napadało już naprawdę dużo, przyjechała ekipa i zaczęła opryskiwać go jakimś świństwem, żeby topniał. Śnieżynki znikały, a te, które zostały, stały się żółte i lepkie.

Ptaki, widząc to, wzbiły się w powietrze i odleciały do odległych krajów. „Biedne śnieżynki” – pomyślały.

Autor: Wędrowny Grajek

Na dnie szuflady – 46

Na dnie szuflady leżała paczuszka listów, przewiązanych różową wyblakłą wstążeczką. Towarzyszyły jej: biały kamyczek, bukiecik zasuszonych fiołków i stara pożółkła fotografia…

Przegląd szuflady robił mały chłopiec – wnuk właściciela szuflady w dużym pięknym wiejskim domu.

Zdziwienie. Cóż to wszystko oznacza i do czego może służyć. Dziecko zaczęło sobie tłumaczyć: kamień to pozostałość po akwarium, zasuszone kwiaty, to znaczy, że ktoś ich nie podlewał, a kartonik z postacią to coś dziwnego, bo taki obraz powinien być w komputerze.

Ale, zaraz! Mały chłopiec zauważył, że dziecko na zdjęciu jest bardzo do niego podobne, prawie identyczne, ale ubranie było dziwne – takich się dzisiaj nie nosi.

Przyszła pora drzemki poobiedniej. Dziecko zasnęło ze zdjęciem. Po przebudzeniu z ciekawością zapytało mamę, kto jest na kartoniku. Mama ciepłym głosem odpowiedziała, że jej ojciec, czyli jego dziadek. Chłopiec się zdziwił i bardzo uważnie przyglądał się fotografii.

Autor: Adam

Kiedyś dawno dawno temu – 47

Kiedyś, dawno, dawno temu, pewnej zimowej nocy urodził się mały chłopczyk. Mama przytuliła go z miłością, a Tata patrzył na niego kochającym wzrokiem i z nadzieją w sercu. Na zewnątrz padał śnieg, a później deszcz. Świtało. Miejski ruch stawał się coraz większy. Rósł hałas dnia.

Przyjście dziecka na świat było poprzedzone remontem mieszkania. Teraz mieszkanie było czyste i przygotowane na młodego człowieka.

Nowe okna spowodowały, że po wietrzeniu mieszkania, można je było zamknąć tak, by hałas ulicy nie docierał do pokoju.

To było cudowne odczucie, możliwość oglądania tego, co się dzieje na zewnątrz, w ciszy domowego bytu.

Autor: Adam

Kiedyś dawno dawno temu – 46

Kiedyś, dawno, dawno temu, pewnej zimowej nocy urodził się mały chłopczyk. Mama przytuliła go z miłością, a Tata patrzył na niego kochającym wzrokiem i z nadzieją w sercu. Tę sytuację oglądał czterolatek – starszy syn. Widział, że jest to ważne, ale nie rozumiał, czemu rodzice skupiają swoją uwagę na innym dziecku. Do tego to dziecko było jakieś małe i ciągle spało.

Czterolatek usłyszał od rodziców, że teraz jest pora karmienia, a chcąc być grzeczny, przyniósł matce kiełbasę z lodówki. Oczywiście chwilę później był rozzłoszczony, bo rodzice zaczęli się głośno śmiać.

Pocieszeniem było to, że po ponownym umieszczeniu kiełbasy w lodówce, czterolatek mógł zjeść swoje ulubione lody jogurtowe.

Autor: Adam

Kiedyś dawno dawno temu – 45

Kiedyś, dawno, dawno temu, pewnej zimowej nocy urodził się mały chłopczyk. Mama przytuliła go z miłością, a Tata patrzył na niego kochającym wzrokiem i z nadzieją w sercu…

Gwiazdka, dzień prezentów. Piękny dzień w rodzinnym gronie. Dla malucha oczywiście nie przewidziano prezentów, bo też on sam nim był. Starsza dwójka dzieci dostała książki, rysowanki, plastelinę i samoloty do sklejania. Te ostatnie były pomysłem ojca na wspólną pracę – zabawę ze starszymi chłopakami.

Na forum rodzinnym postawiono wybór imienia dla najmłodszego. Dzieci doradziły, by nosił popularne imię osoby, obchodzącej imieniny 24 grudnia.

Autor: Adam

 

Gromadka dzieci – 42

Gromadka dzieci siedziała na puchatym dywanie przy rozpalonym kominku. Ogień wesoło buzował, oświetlając ciepłym blaskiem ich zasłuchane twarzyczki.

Dzieci wpatrzone były w babcię, która siedziała na bujanym fotelu i opowiadała im bajkę o latających dywanach. Jedno z rezolutnych dzieci zapytało, czy ten, na którym siedzą, też poleci i kiedy…

Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i wszedł dziadek. Przyniósł dwa wiadra drzewa do kominka. Dzieci obserwowały podkładanie do kominka, ale nic nie mówiły. Wtem najmłodsza siostra dużego rodzeństwa zapytała, czy piece też latają. Dziadek odpowiedział, że nie, bo służą do tego, by ogrzewać mieszkanie.

Przyszła pora kolacji. Podczas kolacji Dziadek zastanawiał się, jak zmobilizować dzieci do udziału w pracach domowych i do przyniesienia drewna z podwórka do domu.

Autor: Adam

Gromadka dzieci – 41

Gromadka dzieci siedziała na puchatym dywanie przy rozpalonym kominku. Ogień wesoło buzował, oświetlając ciepłym blaskiem ich zasłuchane twarzyczki.

Dzieci wpatrzone były w babcię, która siedziała na bujanym fotelu i opowiadała im bajkę o różowej fujarce, która zawędrowała kiedyś do dziecinnego pokoju. Każde dziecko, które brało ją do ręki, zaczynało grać skoczne melodie, jeśli to był dzień, lub rzewne i spokojne, jeśli to był wieczór.

Nocami, gdy spały, fujarka grała sama, a ich sny były miłe i kolorowe.

Autorka: Ewa Damentka

Gromadka dzieci – 40

Gromadka dzieci siedziała na puchatym dywanie przy rozpalonym kominku. Ogień wesoło buzował, oświetlając ciepłym blaskiem ich zasłuchane twarzyczki. Dzieci wpatrzone były w babcię, która siedziała na bujanym fotelu i opowiadała im bajkę o dziadku. Był on wyjątkowy i życie miał magiczne. Geniusz prawie i ostoja działania.

To nie była prawda. Dziadek miał swoje wady i nie wysadził pociągu, nie wywiesił flagi na kolumnie, ale jeśli by mówić o nim i nie kłamać, to zalet też miał trochę, może nawet więcej niż trochę.

To, co opowiadała dzieciom, to nie było więc nic prawdziwego o dziadku, ale babcia tęskniła za nim. A akurat był listopad. Pierwszy listopada. Pierwsze godziny tego dnia i dzieci powinny już dawno iść spać. Zakończyła opowieść o wspaniałym człowieku, ich przodku i wygoniła ich do łóżek. Nie chciały zasnąć, ale babcia je utuliła i sama poszła spać, potem… nie mogła zasnąć.

Dziadek wprawdzie nie wysadził pociągu w czasie wojny, nie wywiesił flagi Solidarności na kolumnie Zygmunta, ale nie był sadystą, a wprost przeciwnie i to było piękne. Miał empatię, pamiętał zawsze o jej urodzinach, a gdy nie pamiętał, to było widać, że jest mu wstyd i potem organizował coś zastępczego. Niby, ot tak, ale ona wiedziała. Babcia wspominała tamte dni, jak było fajnie i jak dziadek był wyjątkowy i zasnęła, ale zasnęła taka jakaś smutna, samotna.

Autor: Janusz Nitkiewicz