Gromadka dzieci siedziała na puchatym dywanie przy rozpalonym kominku. Ogień wesoło buzował, oświetlając ciepłym blaskiem ich zasłuchane twarzyczki.
Dzieci wpatrzone były w babcię, która siedziała na bujanym fotelu i opowiadała im bajkę o dworku. Pięknym, białym dworku uplasowanym nad jeziorem.
Mówiła, że przyszła tam kiedyś i wszystkim, którzy tam przyszli w gości – a było ich więcej niż dzieci na podwórku, więcej niż dzieci w całym osiedlu – wszystkim, było tam dobrze. Ten, kto umiał grać w piłkę koszykową – zaczynał również pięknie śpiewać (tutaj kilkoro dzieci zaśmiało się). Niejadkom nagle wszystko smakowało. Szpinak (rozumiecie, dorośli mają swoje wymagania) nagle smakował, tak jak lody. A lody, podane w srebrnych pucharkach, odrastały podczas jedzenia. Kiedy dziecko już nie chciało więcej – pucharek robił się pusty i całkiem czysty.
– A czy można tam było przyjść z pieskiem? – zapytała dziewczynka z kokardkami.
– Tak – uśmiechnęła się babcia i wyjaśniła z powagą:
– Tam był wspaniały tor przeszkód dla psów, wokół podwórka.
– A czy trzeba było zaraz już iść do domu? – zapytał Marek.
– Nie, Marku, tam każdy miał na noc swój pokoik z lampką.
– I misiem! – zawołała Zosia.
– Tak, Zosiu, z mruczącym misiem.
Dzieci zaczęły być senne…
Autor: Motyl