Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich mały piesek, który szukał swojego domu. Zgubił się, a może zgubiono jego. Teraz błąkał się, szukając znajomych zapachów i obrazów. Było dość zimno i bardzo dygotał…
Zauważyły go dzieci, który szły ze swoimi rodzicami. Pokazały im pieska i pytająco-prosząco patrzyły na mamę i tatę. Ci, oczywiście, natychmiast zrozumieli, o co chodzi ich pociechom. Spojrzeli po sobie, uśmiechnęli się i podeszli do pieska. Chcieli sprawdzić, czy ma jakieś dane identyfikacyjne na plakietce przyczepionej do obroży. Okazało się, że nie miał ani plakietki, ani nawet obroży, więc wzięli go ze sobą.
Piesek zyskał nowy dom, dzieci – przyjaciela, a ich rodzice zadowolenie, gdy widzieli, z jakim oddaniem ich dzieci opiekują się pieskiem. Często całą rodziną – wspólnie z psem, który też już do rodziny należał – chodzili na spacery – również na plac, na którym spotkali się po raz pierwszy.
Autor: Ewa Damentka