Przez kawiarniane okno – 13

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich pewna niepozorna postać. Drobna kobieta śpieszyła się gdzieś. Szła szybko, ze spuszczoną głową, nie zwracając uwagi na tłum ludzi dookoła. W pewnej chwili przystanęła, bo zaświeciło czerwone światło. Zatrzymała się wraz z innymi ludźmi i czekała na światło zielone, żeby przejść na drugą stronę ulicy.

Jednak, o dziwo, światło nie zmieniało się. Ciągle świeciło czerwone. Trwało to długo: minutę, dwie, pięć, dziesięć, piętnaście minut… Ludzie zaczęli się niecierpliwić. Niektórzy wskakiwali na jezdnię, lawirując między jadącymi samochodami. Inni zawracali, by pójść inną drogą. Kobieta dalej czekała ze spuszczoną głową… Minęła prawie godzina, a światło nadal było czerwone. Po pewnym czasie kobieta podniosła głowę i rozejrzała się dookoła. Wyglądała, jakby przebudziła się z głębokiego snu. Zdziwiona przyglądała się ulicy, chodnikom, budynkom…, jakby po raz pierwszy widziała ten plac. Zmarszczyła brwi i się nad czymś zastanawiała… Potem zawróciła.

A czerwona światło jakby na to czekało. Zmieniło się na zielone. Kobieta tego nie widziała, bo poszła swoją drogą, starannie wybierając chodniki i ulice, przez które przechodziła. W tej nowej wędrówce towarzyszyły jej już same zielone światła…

Autor: Brzozowa Bajdulka