Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich kobieta w purpurowej sukni, która nie miała twarzy.
Malarz wziął najcieńszy, delikatny pędzelek i kilkoma dotknięciami przywołał na płótno rysy jedynej kobiety, którą przez wszystkie lata kochał naprawdę.
Odwrócił ramkę obrazu i napisał najbanalniejszy tytuł, jaki przyszedł mu do głowy: „Popołudnie na Placu Zamkowym”
Autor: Piotr