Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich Walerian Małolepszy – włamywacz. „Zmęczyłem się po ostatnim skoku” – rozmyślał – „Nie te lata! Jak ten rottweiler wyskoczył zza muru, myślałem, że to koniec. Gdyby nie pętko kiełbasy zabrane na przekąskę, byłoby po mnie. A tak, to on zeżarł moją kolację i jeszcze zdążył mi rozszarpać nogawkę od spodni, kiedy przechodziłem przez mur. Ale co robić, ryzyko zawodowe! Dobrze, że nie umiał wezwać policji! No cóż, trzeba się rozejrzeć za jakąś inną robotą, może coś bezpieczniejszego… już nie te wypasione rezydencje nowobogackich, a powiedzmy jakiś sklepik, o choćby taki jak ten”. Tu z uwagą spojrzał na mały antykwariat usadowiony między dwiema kamienicami.
Autor: Anna-Elżbieta