Przez kawiarniane okno – 30

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich Braciszek i Siostrzyczka. Wypadli ze swojej bajki, bo któryś z nieuważnych czytelników zrzucił ze stołu książkę, w której mieszkali. Kiedy zauważyli, że wypadli ze swojej opowieści, starali się do niej wrócić, ale im się to nie udało. Sami nie potrafili tego zrobić, a czytelnicy i bibliotekarze nie mogli im pomóc, bo ich po prostu nie widzieli…

Braciszek i Siostrzyczka wyszli więc z czytelni dużej biblioteki na ulicę, a potem na plac, w nadziei, że inni ludzi ich zobaczą i pomogą im. Jednak wyglądało na to, że inni ludzie też ich nie widzieli. Na szczęście Braciszek zauważył, że przygląda się im starszy pan z siwą brodą, który kogoś mu przypominał. Pociągnął Siostrzyczkę za rękaw i pokazał jej siwego pana.

– To chyba Merlin, czarodziej – szepnęła Siostrzyczka.

Razem podeszli do starszego pana.

– Jesteś Merlinem? Pomożesz nam wrócić do naszej bajki?

– Tak, jestem. Niestety, wasz powrót jest teraz niemożliwy. Zabiorę was w inne miejsce. Będziecie mile widziani w Szkole Czarowania Babci Jagi.

– Gdzie jest ta szkoła? – spytała Siostrzyczka

– Boję się Baby Jagi – jednocześnie krzyknął Braciszek i przytulił się do Siostrzyczki, jakby szukał u niej ratunku.

– Szkoła mieści się pomiędzy światami i znajdują tam schronienie wróżki, czarodzieje i różne bajeczne postacie, które wypadły ze swoich bajek lub zostały z nich wypchnięte. I nie ma tam żadnej Baby Jagi – jest tylko dobra wróżka Babcia Jaga. Zaraz ją zobaczycie. O, już jest!

Merlin pokazał ręką na portal, który uformował się tuż przed nimi. Widać w nim było Babcię Jagę i za nią szkolny korytarz.

Babcia Jaga uśmiechnęła się do dzieci, a na widok tego uśmiechu ich strach stopniał. Bez wahania weszły do szkoły. Tuż za nimi wszedł Merlin, który wcześniej z niepokojem przyjrzał się dziwnie zachmurzonemu niebu. Przekraczając portal westchnął z ulgą – „Najwyższy czas”.

Przejście zamknęło się natychmiast, gdy Merlin przekroczył jego próg. Dzieci więc nie widziały, że Zło zaatakowało portal tuż po tym, jak one przez niego przeszły. Wiedzieli o tym tylko Merlin, Babcia Jaga i Głos. Babcia Jaga przesłała obu drżącą myśl – „Udało się, na szczęście”. Sama zachwiała się, a Merlin przytulił ją i podtrzymał, by nie osunęła się na podłogę. Oboje patrzyli, jak Braciszkiem i Siostrzyczką zaopiekowały się Jagódka i Jęczyduszka.

– Zdążyliśmy w samą porę – Głos przesłał im telepatycznie wiadomość i dodał – Jaga, idź do swojej sypialni, odpocznij, ja skanuję, kto jeszcze może potrzebować naszej pomocy. Zawiadomię ciebie i Merlina, jak będzie potrzebni.

– Muszę sprawdzić… – zaczęła protestować Babcia Jaga.

– Wszystkim się zajmiemy – uspokoił ją Merlin – teraz odpocznij, jesteś nam bardzo potrzebna.

– Merlin ma rację, jak będziesz się upierać, to położymy cię w szpitalu, a wiesz, że lekarz nie wypuści ciebie stamtąd tak szybko, jakbyś chciała…

– Dobrze – szepnęła Babcia Jaga – przekonaliście mnie. Merlinie nie musisz mnie odprowadzać, sama dojdę. Przypilnuj Merlinka, miał dziwną minę, gdy zobaczył naszych nowych podopiecznych.

– Tak, zauważyłem – westchnął Merlin i ruszył w kierunku uczniów zebranych wokół Braciszka i Siostrzyczki.

Tymczasem Głos obserwował przez kamery plac widoczny z kawiarnianego okna. Zło, nie mogąc przejść przez portal, bardzo się rozeźliło i wywołało straszliwą burzę z piorunami. Rozzłościło się jeszcze bardziej, gdy okazało się, że ludzie go nie widzieli. Zamiast się bać – rozłożyli parasolki, żeby uchronić się przed deszczem i przyśpieszyli kroku, by znaleźć schronienie w domach, sklepach, kawiarniach lub chociaż w tramwajach i autobusach.

„Zdążyliśmy” – pomyślał Głos – „coś dziwnego dzieje się w tym świecie, trzeba tam posłać Ratowników, Obserwatorów, Słuchaczy i może jeszcze inne służby pomocnicze”. Jak pomyślał, tak zrobił. Nad placem przejaśniało i pojawiły się zwiewne świetliste sylwetki. Ludzie ich również nie widzieli, ale jakoś zrobiło się im lżej. Zwolnili kroku, głębiej oddychali i częściej uśmiechali się do siebie nawzajem.

„Dobra robota” – pomyślał Głos i zabrał się za obserwację innych kamer.

Autor: Archiwista SC

Przez kawiarniane okno – 29

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich szedł pomysł na milion – milion złotych, milion dolarów, milion euro… A właściwie był to pomysł na pierwszy milion… widziałam, jaki był okrąglutki. Szedł razem z ludźmi. Do niektórych się przytulał, jakby chciał, żeby zabrali go ze sobą. Ludzie go ignorowali…

Szybko dopiłam kawę i wyszłam z kawiarni. Podeszłam do nieco zagubionego pomysłu i zapytałam, czy chce ze mną porozmawiać. Zgodził się z radością. Wyznał, że czuł się samotny pomiędzy ludźmi…

… Nagle poczułam się tak, jakby było to kiedyś, jakiś czas temu. Zobaczyłam, że teraz pomysł jest mniej samotny, bo wędruje przez życie razem ze mną i moimi przyjaciółmi. Dołączają do nas nowe pomysły, a nawet… nowe miliony… w różnych walutach…

Była to bardzo sympatyczna wizja. Oprzytomniałam w samą porę, by usłyszeć, że pomysł zapytał mnie, czy mógłby wędrować ze mną dłużej, bo bardzo chciałby mieć przyjazną duszę koło siebie. Oczywiście, zgodziłam się. Ciekawa jestem, czy wizja się spełni w całości… Na razie wędrujemy razem i jest nam bardzo dobrze ze sobą i z naszymi przyjaciółmi.

Autor: Kokoryczka

Przez kawiarniane okno – 28

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich moje zdrowie, szczęście i powodzenie. Szły we trójkę, trzymając się za ręce i rozglądały się uważnie dookoła. Radość biegała wokół nich. Co chwila podbiegała do różnych ludzi, zaglądała im w oczy i po chwili wracała do szczęścia, zdrowia i powodzenia…

Od razu ich rozpoznałam. Od dawna mi ich brakowało, ale nie pamiętałam, gdzie ich zgubiłam. Wyszłam z kawiarni. Gdy znalazłam się na placu, one też mnie zauważyły. Cała czwórka podbiegła do mnie. I szczęście, i zdrowie, i powodzenie, i radość… Przytuliły się do mnie i znów jesteśmy razem. Tym razem ich nie zgubię. Obiecałam to zarówno im, jak i sobie samej.

Autor: Jagódka

Przez kawiarniane okno – 27

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich przemieszczał się słup ogłoszeniowy. Dziwnie wyglądał, gdy podczas chodzenia pokazywał ciemne półbuty, czarne skarpetki i ciemne nogawki spodni. Potem – gdy przystawał – już nie wzbudzał sensacji. Po prostu, słup jak słup. Ludzie podchodzili do niego, by czytać ogłoszenia, jakie były na nim naklejone.

„Fajny pomysł na biznes” – pomyślałam i zaczęłam się zastanawiać, na jaki pomysł sama mogłabym wpaść.

Tymczasem słup podszedł bardzo blisko kawiarnianego okna i znowu zamarł. Spojrzałam na niego i zobaczyłam ogłoszenie. Wielkimi literami napisano w nim: „Zrób to, o czym marzysz. Zrealizuj marzenia swojego serca”.

Autor: Ewa Damentka

Przez kawiarniane okno – 26

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich Walerian Małolepszy – włamywacz. „Zmęczyłem się po ostatnim skoku” – rozmyślał – „Nie te lata! Jak ten rottweiler wyskoczył zza muru, myślałem, że to koniec. Gdyby nie pętko kiełbasy zabrane na przekąskę, byłoby po mnie. A tak, to on zeżarł moją kolację i jeszcze zdążył mi rozszarpać nogawkę od spodni, kiedy przechodziłem przez mur. Ale co robić, ryzyko zawodowe! Dobrze, że nie umiał wezwać policji! No cóż, trzeba się rozejrzeć za jakąś inną robotą, może coś bezpieczniejszego… już nie te wypasione rezydencje nowobogackich, a powiedzmy jakiś sklepik, o choćby taki jak ten”. Tu z uwagą spojrzał na mały antykwariat usadowiony między dwiema kamienicami.

Autor: Anna-Elżbieta

Przez kawiarniane okno – 25

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich wysoki mężczyzna z długą brodą. Na ramionach miał długi płaszcz, a w ręku trzymał złożony parasol, niezwykle długi.

Tłum zmierzał w kierunku estrady, jakby z desek. Na podium stało trzech mężczyzn, jeden związany, drugi – ubrany na czarno i w peruce oraz atletyczny typ z kapturem na głowie i toporem.

Osobnik w peruce odczytał parę zdań z rozwiniętego rulonu. Następnie atletyczny typ pociągnął związanego mężczyznę w stronę pieńka i podniósł topór. Wtedy wysoki mężczyzna w tłumie wyciągnął parasol i wysunął z niego trzonek, który okazał się laską z błyszczącym końcem. Uderzył nią w bruk, na co związany mężczyzna na estradzie zniknął z głośnym trzaskiem, a zaraz po nim – właściciel laski.

Autor: Marek

Przez kawiarniane okno – 24

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich Jacek i jego rodzice. Jacek lubił gwizdać w każdym miejscu, gdzie się znajdował. Rodzicom nie było łatwo z takim zachowaniem chłopca, ale znaleźli pewien środek zaradczy. Na Jacka działała obietnica zjedzenia na ciepło jego ulubionych parówek. Wtedy przestawał gwizdać.

Dziecko było już całkiem duże i wraz z nasyceniem się parówkami, zniknęło też gwizdanie. W swoim kolejnym etapie wędrówki po tym świecie Jacek zaczął bardzo chętnie czytać książki.

Autor: Adam

Przez kawiarniane okno – 23

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich Baletnica. Tak nazywał się szef grupy rowerzystów. Grupa jeździła na wycieczki, robiła dużo kilometrów. Nieważne było dokąd jadą. Ważne, by przejechać jak najwięcej kilometrów. Baletnica szedł przodem, prowadząc swój wyczynowy rower, a za nim szła grupa piętnastu rowerzystów – też z rowerami.

Po zimnej podróży dobrze jest się ogrzać przy ciepłym ogniu. Ogień jest dobry, ale w bezpiecznej odległości. Patrząc na żywioł, oceń, w jakiej skali jest destrukcyjny, a na ile przydatny…

Autor: Adam

Przez kawiarniane okno – 22

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich pewien roztargniony pisarz ze stertą papierów pod pachą. Właśnie uciekał przed deszczem, bo jak zwykle zapomniał parasola i w popłochu szukał suchego miejsca do schronienia. Jego wzrok zatrzymał się na oknie kawiarni. Wszedł do niej przez drzwi, otrzepał włosy i ubranie z deszczu – i z rozmachem usiadł przy stoliku, odetchnąwszy głęboko. Lekko zmoczone papiery, z zapiskami robionymi ołówkiem, rozłożył obok siebie. Zamówił mocną kawę i… zatonął w swoich rozmyślaniach.

Autor: Ewa Majewska

Przez kawiarniane okno – 21

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich szedł mały, zgarbiony, czarniawy człowiek z wielkim plecakiem. Nogi miał cienkie, owłosione i wielkie, zakurzone buty, z których wystawały podarte skarpety. Szedł szybko, mijał wszystkich. Dokąd się śpieszył? Kim był? Ja go zobaczyłam, a on czy zauważył kogokolwiek wokół siebie…

Autor: Meidi