Była malutka – 6

Była malutka, a może tak się jej wydawało. Leniwie rozglądała się dookoła, choć i tak doskonale wiedziała, że jest kochana i wszyscy o nią dbają. Kochają ją i troszczą się o nią. Jest szczęśliwa. Jestem szczęśliwa.

Autor: Jadzia

Była malutka – 4

Była malutka, a może tak się jej wydawało. Leniwie rozglądała się dookoła, choć wydawało się jej, że robi to bardzo nerwowo. Zapomniała, że jest profesorem i że ma już kilkadziesiąt lat.

Stała za mównicą. Za chwilę miała wygłosić referat do ludzi, zebranych w olbrzymiej auli. Było ich bardzo dużo. Nogi się pod nią ugięły. Dobrze, że mogła przytrzymać się mównicy.

Rozpoczęła wykład. Wydawało się jej, że mówiła dygoczącym, piskliwym głosikiem, że szczękała zębami i dygotała na całym ciele. „A miałam robić dobre wrażenie” – pomyślała.

Gdy skończyła mówić, zapadła głucha cisza. „No to wpadłam” – myślała nerwowo, ale nie mogła się odezwać – nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła na wskazówki zegara, który wisiał na wprost niej. Pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut… Nagle ludzie ocknęli się i zaczęli bić brawo. Głośno, rytmicznie. Klaskali i wiwatowali. Trwało to bardzo długo…

Zdziwiona przyjmowała gratulacje od zebranych. Zgodnie twierdzili, że ujęła słuchaczy swoim ciepłym, spokojnym głosem oraz spokojem, jaki emanował z całej jej postaci. Kilka osób powiedziało, że jej referat był jedynym, wysłuchanym przez wszystkich obecnych,. W czasie jej mowy nikt nie wyszedł z auli, ani nikt nie odebrał telefonu. Każdy patrzył i słuchał uważnie, jakby to co mówiła, było najważniejsze na świecie.

Autor: Jęczydusza

Była malutka – 3

Była malutka, a może tak się jej wydawało. Leniwie rozglądała się dookoła, choć miała wrażenie, że robi to bardzo szybko i nerwowo. Kuliła się w środku, choć na zewnątrz robiła wrażenie wyluzowanej i spokojnej. Patrzyła z zainteresowaniem na dziecięce ciuszki, choć była wielka jak niedźwiedzica.

Kwilącym głosem zapytała przechodnia o drogę, ale nie dostała odpowiedzi, bo on skulił się ze strachu i ze zdziwieniem popatrzył w niebo. „Skąd się wziął ten grzmot, skoro nie ma burzy” – pomyślał sobie i na wszelki wypadek przyspieszył kroku, bo chciał zdążyć do domu przed ewentualnym deszczem.

Zrobiło się jej bardzo przykro, skuliła się w sobie i zaczęła płakać. Przerażeni ludzie umykali z chodników do bram budynków. Zamykali okna i zdziwieni patrzyli, jak olbrzymie krople żrącego deszczu spadają na ich miasto. „Skąd się to wzięło, skoro na niebie nie ma żadnej chmury?” – pytali się nawzajem.

Zanosiła się od płaczu – a wicher hulał po ulicach, przewracał budki i przechodniów, wyrywał drzewa, przenosił samochody…

– Niech mnie ktoś usłyszy – jęczała, myśląc, że jest maluteńką kruszynką.

Wyczerpana przestała płakać, zamilkła i kiwała się w przód i w tył, patrząc przed siebie tępym wzrokiem.

– Widzę cię – usłyszała przy uchu cichutki głosik. Zdziwiona popatrzyła na staruszka, który siedział na latającym dywanie

– Jak się nazywasz? – zapytał staruszek.

– Kruszynka – odpowiedziała.

– Na pewno Kruszynka?

– Tak.

– A kim jesteś?

– Kruszynką.

Staruszek w zamyślaniu zmierzył wzrokiem olbrzymią postać. Uznał, że nie warto wyprowadzać jej z błędu.

– Czego potrzebujesz? – zapytał z troską.

– Chcę ciepła, przytulenia i sympatii.

– A gdzie mieszkasz?

– Nie wiem. Chciałabym tu, ale nikt, poza tobą, mnie ty nie zauważa.

– Ludzie się ciebie boją.

– Jak to?

– Boją się twojego głosu i twoich łez. Boją się ciebie zobaczyć bo jesteś potężna i wielka.

– Chcę być jedną z nich – zdenerwowała się.

– Na początek, załóż ten płaszcz – zaproponował staruszek i podał jej duże, męskie okrycie.

Zamyślona przypatrzyła się płaszczowi. Potem próbowała go założyć. Nie dała rady wsunąć ręki do rękawa. Był tak ciasny, że nawet najmniejszy palec się w niego nie zmieścił.

– Widzisz, Kruszynko – w zamyśleniu powiedział staruszek – chyba mamy kłopot.

– Jaki?

– Myślisz, że jesteś człowiekiem, a ludzie się ciebie boją, bo ciebie nie widzą. Ty też się boisz, a myśląc, że jesteś człowiekiem, nie widzisz lub nie chcesz zobaczyć, kim jesteś naprawdę.

– Jestem człowiekiem. Dziewczynką, dzieckiem. Przecież jestem malutka – zaprotestowała.

– Kiedy się urodziłaś? Gdzie?

– Tutaj, przed chwilą. Nie było mnie i nagle się pojawiłam. Potrzebuję, żeby ktoś się mną zaopiekował i przytulił mnie. Tak bardzo chcę, żeby ktoś mnie przytulił!!!!!

– Czy mogę dotknąć twojej ręki? – zapytał staruszek.

– Tak.

– Czujesz mój dotyk, ciepło mojej dłoni?

– Nie.

– Znowu mamy kłopot. Jesteś tak duża, że ani ja, ani nikt z ludzi nie może ciebie objąć, przytulić, ukołysać do snu. Koniecznie musimy się dowiedzieć, kim jesteś i kim są twoi rodzice lub opiekunowie. Potrzebujesz pomocy, a ludzie nie mogą ci jej zapewnić.

Patrzyła na niego oszołomiona. Nie wiedziała, co powiedzieć.

– Przypomnij sobie, co się działo, zanim zjawiłaś się w mieście.

– Coś zakołysało i gdzieś leciałam. Może spadłam.

Rozżalona zaczęła płakać. Łzy kapały na ulice, a sztorm znów zaczął szarpać miastem. Staruszek wyciągnął z kieszeni fujarkę i zaczął grać. Przestała płakać i zapytała:

– Co to jest?

– Kołysanka. Chyba rzeczywiście jesteś malutka. Musimy znaleźć twoich rodziców.

Staruszek grał, a ona zasnęła. Zwinęła się w kłębek i spokojnie oddychała.

– Dobra robota, Merlinie – odezwała się stara kobieta, siedząca na wyściełanej, wygodnej miotle.

– Jaga, zapraszam na dywan – uśmiechnął się Merlin.

– Nie, dziękuję, poszukam jej rodziców. Jak myślisz, kim oni mogą być?

– Poszukaj najpierw w Krainie Emocji.

– Ona ma wielką siłę, z której nie zdaje sobie sprawy – zamyśliła się Babcia Jaga – może prowadzi ją Zawiedziona Nadzieja?

– To moja córka – rozległ się grzmiący głos.

– Witaj Gniewie – z ulgą uśmiechnął się Merlin – Jak nazywa się twoja córeczka? I jak do nas trafiła?

– To Potęga. Jej matką jej Miłość, która chce by nasza mała, jak dorośnie służyła ludziom. Ja chciałem, żeby została z nami. Pokłóciliśmy się z Miłością. Trzasnąłem drzwiami, przywołałem piorun i roztrzaskałem nasz dom na drobne kawałki. Kiedy zacząłem dusić Miłość, kołyska przechyliła się, a Potęga spadła do waszego świata. Minęło trochę czasu, zanim ochłonąłem na tyle, żeby zobaczyć, że jej nie ma. Skrępowałem i zakneblowałem Miłość, żeby mi nie przeszkadzała i przyszedłem po moją córkę. Ma być Potęgą Gniewu, a nie Miłości.

– Myślę Gniewie, że nasza córka sama zdecyduje, kim zostanie w przyszłości, co będzie robić i gdzie będzie żyć – rozległ się słodki głos.

Staruszek-Merlin i Babcia Jaga z szacunkiem patrzyli na świetlistą postać, spływającą z góry.

– Jednak nie da się ciebie skutecznie związać i zakneblować – mruknął pod nosem Gniew.

– Kochany, tyle razy już próbowałeś – uśmiechnęła się Miłość i z czułością spojrzała na śpiąca Potęgę, jakby rzeczywiście była malutką Kruszynką. Otuliła córeczkę swoim ciepłem i delikatnie zaczęła kołysać.

W mieście rozkwitły kwiaty, a uśmiechnięci ludzie wyszli na ulice i zaczęli sprzątać pozostałości po niedawnym huraganie.

Miłość i Gniew ze swoją Kruszynką – córeczką Potęgą – wzlatywali w górę.

– Wracamy do siebie – powiedział Gniew.

– Myślę, że ona wróci do was, jak trochę podrośnie – dodała Miłość.

Merlin gestem dłoni zaprosił Babcię Jagę na swój dywan. Oni też wrócili do swojego domu – do Szkoły Czarowania.

Autor: Archiwista SC

Była malutka – 2

Była malutka, a może tak się jej wydawało. Leniwie rozglądała się dookoła, choć dobrze wiedziała, co zobaczy – uciekający mrok i jaśniejących ludzi. Ich coraz bardziej promienne spojrzenia i sylwetki oraz rosnącą lekkość w chodzeniu i działaniu.

Zawsze tak było, gdy się budziła lub gdy była wysyłana ze specjalną misją w nowe miejsca.

– Nadziejo, możemy już przyjść do ciebie? – zapytały jej siostry.

Nadzieja znowu urosła i rozejrzała się jeszcze raz. Uznała, że zrobiła swoje. Teraz jej rodzeństwo będzie miało okazję do wykazania się.

– Tak, chodźcie. Już jest bezpiecznie. Droga wolna – odpowiedziała.

Najpierw weszły Miłość i Wiara. Świeciły, rozjaśniając każdy zakamarek przestrzeni i wzmacniały ludzkie serca, budując w nich spokojną siłę i przywracając sens istnienia. Zaraz za nimi weszły Ciekawość i Radość. Szybko zjawili się kolejni kuzyni – Rozum, Celowość, Zaradność i Poczucie Własnej Wartości.

Razem z Nadzieją pomagali ludziom, którzy chcieli uzdrowić swój świat i polepszyć życie własne oraz swoich bliskich. Wielu z nich próbowało samodzielnie – nie zawsze się udawało. Teraz, z Nadzieją, było dużo łatwiej. A jej rodzeństwo i dalsi kuzyni chętnie pomagali ludziom, bo czuli się potrzebni.

Może nie tylko oni tak mają? Być może każdy potrzebuje czuć się przydatny, jak sądzisz?

Autor: Brzozowa Bajdulka

Kiedyś dawno dawno temu – 54

Kiedyś, dawno, dawno temu, pewnej zimowej nocy urodził się mały chłopczyk. Mama przytuliła go z miłością, a Tata patrzył na niego kochającym wzrokiem i z nadzieją w sercu. Chłopiec był długo wyczekiwanym dzieckiem. Jego narodziny przepowiedziano już dawno.

Wierzono, że zaprowadzi pokój na Ziemi. Pogodzi ze sobą zwaśnione narody i zwaśnionych ludzi. Spowoduje, że odżyją i uzdrowią się ludzkie serca, a na Ziemi zapanuje Raj.

– Jest taki malutki, myślisz, że da radę? – szepnęła Matka.

– Na pewno! – zdecydowanie odparł Ojciec.

– Jak możemy mu w tym pomóc? – zapytała Mama.

– Zaopiekujemy się nim i na razie będziemy udawać, że nie jest tym dzieckiem z przepowiedni. To i tak się okaże we właściwym czasie.

Jak powiedział Ojciec, tak też zrobili – i to bardzo szybko. Chwilę po ich rozmowie rozległo się pukanie do drzwi. Ojciec je otworzył i zobaczył ludzi, którzy pytali, czy to w jego domu narodziło się dziecko, zapowiadane przez proroków. Ojciec bez słowa pokręcił głową i zamknął starannie drzwi. Nocą wymknęli się przez tylne wyjście i udali się w podróż. Osiedlili się w kraju, którego nie znali, a nikt w tym kraju nie znał ich. Chłopiec był bezpieczny i dorastał w spokoju.

A później, tak jak mówił jego Ojciec, Chłopiec wypełnił swoje przeznaczenie – zbawił ludzi i świat.

Autor: Jagoda

Duży stół wystawiono – 26

Duży stół wystawiono na środek pokoju i nakryto białym obrusem. Położono na nim talerze, sztućce, szklaneczki i potrawy wigilijne w pięknych salaterkach. Na stole było więcej talerzy niż zwykle. Przyszykowano bowiem dodatkowe nakrycie – dla niespodziewanego gościa, który zawsze mógł przyjść.

W tym przyjaznym domu często zjawiali się niespodziewani goście i zawsze byli miło witani. Gospodarze promienieli, gdy ich odwiedzano, gościom miło było w trakcie wizyt i promienieli, gdy wracali do swoich domów.

Mieszkanie też promieniało, bo od lat mieszkali w nim ludzie, którzy kochali całym sercem – siebie nawzajem, rodzinę, znajomych… Życzliwością obdarzali i obdarzają cały świat.

Dobrze, że tacy ludzie są na świecie i że można ich spotkać. Zdarza się, że mieszkają tuż za ścianą.

Autor: Brzozowa Bajdulka

Duży stół wystawiono – 25

Duży stół wystawiono na środek pokoju i nakryto białym obrusem. Położono na nim talerze, sztućce, szklaneczki i potrawy wigilijne w pięknych salaterkach. Na stole było więcej talerzy niż zwykle. Przyszykowano bowiem dodatkowe nakrycie – dla niespodziewanego gościa, który tym razem się zjawi. Od dawna wybierał się do tej rodziny i dotąd powstrzymywał go strach. Teraz przyjdzie…

Stary, zapomniany przyjaciel zebrał się na odwagę i przyjdzie, by przypomnieć o sobie, przywitać się i pożegnać jednocześnie. Wybiera się w daleką podróż. Broni się przed nią, ale wie, że nie może odwlekać jej bez końca. Zanim w nią wyruszy, chce spotkać się ze wszystkimi, którzy byli mu bliscy, wyjaśnić dawne nieporozumienia i odejść z czystą kartą.

Do odwiedzenia został mu już tylko jeden przyjaciel z dzieciństwa – ten, w którego domu zastawiany jest właśnie wigilijny stół. Niespodziewany gość nie pamięta, o co się pokłócili. Pewnie o jakąś drobnostkę. Wie jednak, że powinien się tu zjawić. Wpaść choć na chwilę, po to, by potem spokojnie odejść.

Tak sobie myślał niespodziewany gość, stojąc przed drzwiami dawnego przyjaciela. Nacisnął dzwonek. Usłyszał zdziwione głosy i kroki zmierzające do drzwi. Czekał ma ich otwarcie…

Autor: Zyta

Przez kawiarniane okno – 48

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich szedł mężczyzna o innym kolorze skóry, niż pozostali ludzie w tłumie. Różnił się nie tylko kolorem skóry – również rysami twarzy.

„Ciekawe, czy jest mieszkańcem, czy gościem w tym wielkim mieście? Co tu robi? Jak rozmawiają z nim ludzie?” – takie pytania zadawała sobie dziewczynka, która siedziała z rodzicami w kawiarni i przez okno obserwowała plac i przechodzący tłum.

Ucieszyła się, gdy zobaczyła, że do tego mężczyzny podszedł inny, o takim samym kolorze skóry i podobnych rysach twarzy. „A więc nie jest sam. Nie jest samotny, ma towarzystwo” – z ulgą pomyślała dziewczynka i zajęła się deserem, który postawił przed nią kelner.

Autor: Siostrzyczka

Duży stół wystawiono – 23

Duży stół wystawiono na środek pokoju i nakryto białym obrusem. Położono na nim talerze, sztućce, szklaneczki i potrawy wigilijne w pięknych salaterkach. Na stole było więcej talerzy niż zwykle. Przyszykowano bowiem dodatkowe nakrycie – dla niespodziewanego gościa, który mógł przyjść. Dla gościa, którego wypatrywano od dawna.

Oczywiście, gospodarze wiedzieli, że zwyczaj każe zostawiać nakrycie dla niespodziewanego gościa – dla nieznajomego, którzy może zapukać do drzwi. Mieli jednak nadzieję, że ten niespodziewany gość będzie znajomy – że będzie to ich kuzyn, który kilka lat temu wyruszył w świat.

Ku zdziwieniu rodziny zrezygnował z etatowej pracy i zaczął szukać szerokich przestrzeni. Wybierał pustynie, płaskowyże i rozległe łańcuchy górskie. Dostawali od niego pocztówki z kolejnych krajów, z miejsc, o których dotąd nie słyszeli. Czasami przychodziły listy z załączonymi zdjęciami. Widzieli na nich szczęśliwego kuzyna, z roześmianymi oczami, pozującego na tle egzotycznych krajobrazów.

Mieli nadzieję, że chociaż na chwilę przyjedzie do nich. Niektórzy – zwłaszcza dzieci (ale nawet część dorosłych) – marzyli, że kuzyn zabierze ich ze sobą na swoją kolejną wyprawę.

Kolacja była prawie gotowa. Już mieli zasiadać do stołu, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi. Gospodarze spojrzeli po sobie zaskoczeni, z nadzieją w oczach, i pośpieszyli sprawdzić, kto przyszedł…

Autor: Jagoda

Przez kawiarniane okno – 46

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich szła Nadzieja.

Rozglądała się ciekawie, bo była nowa w tym dużym mieście. Przyglądała się ulicom, budynkom i… ludziom. Najbardziej interesowali ją właśnie oni: duzi i mali, starzy i młodzi, kobiety, mężczyźni i dzieci.

Ciekawa była, jacy są? Czy ją polubią? Czy pozwolą jej zamieszkać w ich mieście? Czy pozwolą, żeby sprowadziła tu swoją rodzinę? Rodziców? Dzieci? Siostry i braci?

Na chwilę posmutniała, ale przypomniała sobie, że przecież jest Nadzieją…, a to zobowiązuje. Rozjaśniła się, rozluźniła i zaczęła się wlewać w serca ludzi. Pomyślała: „Może jednak pozwolą mi zostać ze sobą”…

A ludzie poczuli ją i dotychczas szare miasto w ich oczach zaczęło przybierać piękne, kolorowe barwy.

Autor: Brzozowa Bajdulka